Jak definiuje filozofię prowadzenia biznesu, która przyniosła spektakularny sukces? Czym różni się prowadzenie firmy teraz i 25 lat temu? Czy łatwo być innowacyjnym i jak to robić? Dlaczego postanowił zostać Oficjalnym Partnerem Reprezentacji Polski w Piłce Nożnej i zbudować luksusowy hotel nad Jeziorem Rożnowskim, a także dlaczego czuje się jak 25-latek? Rozmowa z Andrzejem Wiśniowskim, założycielem firmy WIŚNIOWSKI.

25 lat to dużo w historii firmy? To odpowiedni moment na podsumowania pewnego etapu i czas na refleksje?

Historia, podsumowania, jubileusze… To wszystko miłe, ale dlaczego chcecie wsadzić mnie przy tej okazji do muzeum? Nie mam natury eksponatu, który dobrze czuje się w gablocie ekspozycyjnej. Gdyby mnie pan zapytał, co czuję w roku 25-lecia firmy, odpowiedziałbym tak: czuję się jak jej rówieśnik, czuję się, jakbym to ja miał 25 lat właśnie (śmiech).

Skąd Pan czerpie to dobre samopoczucie?

Myślę, że wielu aktywnych ludzi zna podobne uczucie, bo aktywność na różnych polach – również w biznesie – sprawia, że czujemy się lepiej i młodziej. Mam podawać konkretne przykłady? Z całą pewnością znajdą się również przykłady osób, które po 25 latach aktywności zawodowej i siłowania się z wolnym rynkiem powiedzą, że czują się zmęczone i wypalone. Rozumiem to, bo ludzie są różni i każdy ma prawo do swojej reakcji. Mnie akurat aktywność, możliwość kreowania wizji rozwoju firmy, niesamowicie napędza, stąd pewnie moje utracone na chwilę poczucie czasu. W każdym razie ciągle czuję, że najważniejsze wyzwania ciągle są przede mną.

A jest Pan w stanie wyobrazić sobie firmę WIŚNIOWSKI za 25 lat?

Proszę mnie źle nie zrozumieć i nie pomyśleć, że nie doceniam tego, co udało się osiągnąć przez minione ćwierćwiecze. Bardzo to cenię i z respektem myślę o tym, co za nami. Odnieśliśmy ogromny sukces i tu – na razie – postawmy kropkę. A teraz proszę sobie wyobrazić, że siedzę sobie wygodnie w fotelu i codziennie rozmyślam, jaki to jestem świetny, jak wiele osiągnąłem w swojej dziedzinie i upajam się tym sukcesem. Przecież to skończyłoby się w bardzo szybkim czasie spektakularną katastrofą. Najnowsza historia pełna jest przykładów firm (nazw nie będę wymieniał, ale przecież są powszechnie znane) – światowych gigantów, liderów w swoich branżach, którym wydawało się, że są nieśmiertelni, a ich sukcesy będą trwały wiecznie. Sukces ma oczywiście swój smak, ale jeśli straci się proporcje, w nadmiarze może okazać się zabójczy i stać się pułapką bez wyjścia. Dlatego uważam, że najważniejsze jest myślenie o przyszłości. Mówiąc językiem przedsiębiorstwa: pogłębianie świadomości o przyszłościowym myśleniu na każdym poziomie organizacyjnym jest częścią naszej strategii. Jeśli nawyk myślenia o przyszłości będzie częścią naszej pracy, możemy w bardzo niedługim czasie liczyć na spektakularne sukcesy.

Skoro słowo przyszłość jest w okresie jubileuszu ważniejsze niż słowo przeszłość, to jaką przyszłość widzi Pan w swojej magicznej kuli?

Nie ma co żartować. Perspektywy przedsiębiorstwa to nie magiczne zaklęcia i pobożne życzenia. Przyszłość naszej firmy jestem w stanie przepowiedzieć – w pewnym zarysie oczywiście – z twardych danych i konkretnych liczb. Kiedyś jeden z sądeckich przedsiębiorców powiedział, że w jego przedsiębiorstwie rządzi matematyka i rachunek ekonomiczny. Wizja naszej przyszłości również ma podstawy w rachunku ekonomicznym, a nie w szklanej kuli.

W jakiej perspektywie snuje plany Andrzej Wiśniowski?

Chyba nie zdradzę tu wielkiej tajemnicy, jeśli przyznam się, że mam dziesięcioletni plan rozbudowy zakładu. Podkreślam – zakładu, nie zapominając oczywiście o produktach, które również nieustannie powinny się zmieniać. A jak będzie wyglądać firma za dziesięć lat? Trzeba pamiętać, że działamy w miejscu, które nie pozwala już na zbyt śmiałe planowanie przestrzenne. Stąd poszukiwanie niekonwencjonalnych rozwiązań – np. wielkich podziemnych parkingów, dzięki czemu uda się zaoszczędzić miejsce pod nowe biurowce i hale produkcyjne.

A kiedy patrzy Pan w przyszłość, choćby w perspektywie tych dziesięciu lat, to jakie słowo, jako pierwsze, przychodzi Panu na myśl?

Innowacyjność. Zdecydowanie innowacyjność. Powiedziałbym nawet, że od dłuższego czasu jest to kluczowe słowo w naszej pracy. Jeśli nie jesteś innowacyjny, jeśli twoje produkty nie są innowacyjne, to zostajesz za plecami innych. A przecież my nie chcemy zostać za innymi. Powiedziałbym nawet bez specjalnego ryzyka, że innowacyjność to proces, który się nigdy nie kończy, bo nawet dobre musi się rozwijać. Dam tu najświeższy przykład z naszej branży: brama segmentowa PRIME jest dziś najbardziej innowacyjnym rozwiązaniem na rynku w tej grupie produktowej. Nawet dobre musi się rozwijać i nawet najbardziej dopracowany produkt zostanie zweryfikowany przez rynek. Dlatego uważnie przyglądamy się, co dzieje się z naszymi produktami już w fazie ich użytkowania, po to, by nie przegapić żadnej z potrzeb klientów. I jeśli nawet zabrzmi to paradoksalnie, albo będzie wyglądać na obsesję, powtórzę: nawet idealny dziś produkt w niedalekiej przyszłości musi się zmienić.

Wróćmy jeszcze na moment do przeszłości czy raczej historii firmy. Rodzinny zakład, ulokowany w garażu, w ciągu 25 lat stał się jednym z najważniejszych graczy w Europie. To działa na wyobraźnię wielu osób, pozwala wierzyć, że każdy może zrealizować swój amerykański sen.

Często i przy różnych okazjach słyszę, że 25 lat temu, podczas polskiej rewolucji ustrojowej, łatwiej było zbudować sukces firmy i jej pozycję na rynku. Moim zdaniem – a bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że jako praktyk przećwiczyłem wszystko na własnej skórze – to absolutnie nie jest prawda. Przy każdej okazji, a dzisiaj jest taka okazja, podkreślam z całą mocą: kiedyś było zdecydowanie trudniej. W Polsce funkcjonuje niemądry stereotyp, że 25 lat temu każdy, kto założył firmę, był skazany na sukces. Dziwię się, jak łatwo zapominamy, że wielu przedsiębiorców z tamtego okresu skończyło nie tylko biznesową porażką. Dlaczego tak łatwo zapominamy, że galopująca inflacja, niekontrolowane zmiany oprocentowania kredytów dla bardzo wielu przedsiębiorców kończyły się dramatami życia. Jestem przekonany, że dzisiaj jest dużo łatwiej prowadzić biznes.

Nie słyszał Pan nigdy, szczególnie od młodych ludzi, że przy dzisiejszym nasyceniu rynku dużo trudniej jest stworzyć firmę, niż w czasach, kiedy wszystkiego brakowało i klienci konsumowali każdą ilość wyprodukowanego towaru?

Słyszałem. Ale skoro dzisiaj jest tak trudno, to dlaczego ciągle słyszy się o młodych ludziach, którzy wpadli na fajny biznesowy pomysł i zrealizowali go z sukcesem? Oczywiście, że pewne branże są mocniej nasycone, a inne mniej, ale każdego dnia otwierają się jakieś nisze dla odważnych z ciekawymi pomysłami. Będę się upierał, że to właśnie 25 lat temu wszystkiego brakowało. Teraz mamy dostęp do wszystkich elementów, jakie są potrzebne, by sprawnie prowadzić firmę. Mamy dostęp do nowoczesnych narzędzi marketingowych, zawsze mamy w kieszeni telefon, by komunikować się z dostawcami i klientami, mamy dostęp do wiedzy, a jednym kliknięciem w klawiaturę komputera sprawimy, że pod drzwi dostarczą nam potrzebne materiały. Kiedyś nie było ani wiedzy, ani telefonu, ani materiału, z którego można by było cokolwiek wyprodukować. Nie było elektronicznych rozliczeń finansowych i wielu innych rzeczy ułatwiających dziś życie przedsiębiorcy. Ufff, aż mi się zimno zrobiło na wspomnienie tamtych czasów, o których ktoś mówi, że sprzyjały biznesowemu sukcesowi. Proszę mi wierzyć, że to dwie różne epoki, które trudno porównywać, a ja akurat mam porównanie.

Skoro dzisiaj jest łatwiej, wszyscy mają równy dostęp do wiedzy i do narzędzi służących do realizacji celu, to gdzie jest dziś klucz do sukcesu?

Uważam, że sukces jest w nas, a konkretnie w naszej wyobraźni. Mówiąc prościej: jesteśmy o krok przed innymi, jeśli jako pierwsi potrafimy sobie wyobrazić, czego potrzebuje klient. To bardzo łatwe i szalenie trudne jednocześnie – odkryć potrzeby innych. Uważam, że potrzeby klientów są nieograniczone, a my krok po kroku powinniśmy je przewidywać i zaspokajać. Dam taki przykład: bardzo lubię podróże, bo nic tak nie kształci, jak odwiedzanie miejsc, gdzie możemy zobaczyć, co i jak robią inni. Kiedyś, podczas wizyty w przedsiębiorstwie, w którym samochody produkowane są ręcznie, zrozumiałem, że najistotniejszy jest pomysł na detale zaspokajające indywidualne potrzeby klienta. Wszystko inne jest łatwo dostępne na rynku i nie trzeba samemu tego produkować. Nie musimy sami produkować silnika, kół ani opon na te koła, bo ktoś je produkuje i my możemy je kupić. Dla nas najważniejszy jest pomysł na ten detal, który uczyni nasz produkt wyjątkowym.

IMG_3471_ok

Uważam, że sukces jest w nas, a konkretnie w naszej wyobraźni. Mówiąc prościej: jesteśmy o krok przed innymi, jeśli jako pierwsi potrafimy sobie wyobrazić, czego potrzebuje klient. To bardzo łatwe i szalenie trudne jednocześnie – odkryć potrzeby innych.

Bardziej Pan lubił swoją pracę 25 lat temu czy dzisiaj?

Ja generalnie lubię swoją pracę, bo gdyby było inaczej, pewnie już jakiś czas temu poczułbym się wypalony, straciłbym entuzjazm i motywację do dalszego działania. Zakładając firmę, jako producent bram garażowych, zajmowałem się przeróżnymi sprawami, od produkcji, przez administrację, księgowość, transport i co tam jeszcze było do zrobienia. Dzisiaj mogę powiedzieć, że stworzyliśmy organizację pracy, pozwalającą mi w pełni realizować swoje aspiracje. Dzisiaj mogę się skupić na opracowaniu strategii rozwoju, wdrażaniu wizji, które dojrzewały we mnie dłuższy czas. Mówiąc wprost: przez minionych 25 lat przeszedłem we własnej firmie przez niemal wszystkie stanowiska, aż do miejsca, w którym jestem obecnie. To jest proces i myślę, że on się ciągle jeszcze nie zakończył.

Peter Drucker, jeden z najwybitniejszych XX-wiecznych doradców w zakresie zarządzania, powiedział: „Za każdym razem, kiedy widzisz biznes, który odnosi sukces, oznacza to, że ktoś kiedyś podjął odważną decyzję”. Ma Pan prywatny ranking swoich odważnych decyzji z minionych 25 lat?

Myślę, że najodważniejsza moja decyzja zapadła jeszcze wcześniej, kiedy zdecydowałem się założyć własną działalność gospodarczą. Dzisiaj tysiące osób dziennie podejmuje podobne decyzje, ale wówczas, w kraju, gdzie ludzie przyrośnięci byli do państwowych posad, przyzwyczajeni do socjalnego bezpieczeństwa i niemal zerowego ryzyka w zawodowych wyborach, pójście własną drogą było wyprawą w nieznane. Inne odważne decyzje? Z pewnością fakt, iż szybko odważyłem się inwestować za pożyczone w bankach pieniądze. Oczywiście, pożyczałem, mając zdolność kredytową, a ona przecież nie wzięła się z niczego. Na zaufanie banków trzeba było zapracować, trzeba było pokazać, że firma to zdrowy organizm, dobrze zarządzany.

Skąd Pan wiedział, jak dobrze zarządzać własną firmą, jak ją rozwijać, skoro przed rokiem 1989 nikt tego w Polsce nie uczył, a po 1989 roku nie było czasu, by nadrabiać luki w teorii biznesu?

Myślę, że w tamtych czasach bardzo wielu startujących przedsiębiorców musiało postawić na „praktyczną naukę biznesu”. Metoda przerabiania tej wiedzy na własnej skórze czasami bywała bardzo bolesna, i to było widać w tamtych latach. Wspominałem już, że dla wielu kończyło się dramatycznie. Nie chcę przez to powiedzieć, że ja byłem najbardziej pojętnym uczniem w szkole życia i że mnie zdobywanie doświadczenia mniej bolało. Na pewno jednak, z uwagi na rodzinne tradycje, miałem nieco łatwiej. Pewnie już to gdzieś powiedziałem, ale ja po prostu byłem genetycznie zaprogramowany do bycia przedsiębiorcą, bo jestem nim w trzecim pokoleniu. Mój dziadek, który był marynarzem, przywiózł z Holandii szklarnię – chyba pierwszą w naszym regionie – i postawił w podsądeckiej miejscowości Ubiad. Tym sposobem stał się prywatnym przedsiębiorcą, choć wówczas się tego tak nie nazywało. W czasach socjalizmu pogardliwie nazywano go badylarzem. Ja dzięki tym szklarniom, już jako młody chłopak, miałem możliwość podglądać, jak prowadzi się własną firmę i czym to się różni od państwowej posady. Szybko też zauważyłem, że własna firma to są określone problemy, ale również korzyści. Problemy i ryzyko są oczywiście nieporównywalnie większe niż na państwowej posadzie, ale też wynikające z samodzielności korzyści są najczęściej warte tego ryzyka. Trudno ukryć, że podobała mi się droga prywatnego przedsiębiorcy, dlatego pierwsze próby pracy na własny rachunek podjąłem jeszcze przed 1989 rokiem.

Mówi Pan o prowadzeniu biznesu tak, jakby to było nieustające pasmo sukcesów, a Pan sam miał wykupioną polisę ubezpieczeniową na wypadek kryzysu. 

Najchętniej poprosiłbym o następny zestaw pytań.

(…) Jezioro Rożnowskie, jako istotny element naszego regionu, jest dla mnie ważne!
Ja rozumiem, że coraz zamożniejsi Polacy śmiało wypuszczają się w świat w celach turystycznych. To świetnie, sam tak robię (…). Nie rozumiem jednak, dlaczego przy okazji odwracamy się od naszych lokalnych perełek, a do takich zaliczam Jezioro Rożnowskie.

Wymyślił Pan cudowny środek na pustoszące światową gospodarkę kryzysy?

Niczego nie musiałem wymyślać, bo zasada ta jest powszechnie znana, trzeba tylko odrobiny odwagi, by ją zastosować. Przed chwilą mówiliśmy o moich odważnych czy też ryzykownych decyzjach w ostatnich latach. Nasza strategia działania, filozofia prowadzenia biznesu, opiera się o tę właśnie zasadę: inwestuj w czasie kryzysu, by zbierać plony w okresie koniunktury. Z doświadczenia wiemy, że, niestety, duża część rynku na sam dźwięk słowa kryzys wpada w panikę i zaczyna zachowywać się wbrew zasadom. I chociaż – teoretycznie – wszyscy wiedzą, że rozsądnie jest w tym czasie inwestować, to większość zaczyna oszczędzać i ograniczać się, by przetrwać ciężkie czasy. To wbrew zasadom, bo taka strategia tylko karmi kryzys.

I nigdy nie odczuł Pan efektów kryzysu na własnej skórze?

Oczywiście, że odczułem! Ale u nas efekty kryzysów polegały na tym, że zamiast zakładanego dużego wzrostu, był wzrost średni, ale spadku produkcji nie było nigdy. Po prostu trzeba sobie odpowiednio wysoko zawiesić poprzeczkę. Wówczas, nawet jeśli jej nie przeskoczymy, nasz skok może się okazać wystarczająco wysoki. No i co teraz? Będę musiał żyć z etykietą człowieka zarozumiałego, bo publicznie przyznałem, że kryzysy nie miały prawa bezkarnie hulać po naszych halach produkcyjnych. Złośliwi powiedzą, że Wiśniowski bez użycia pilota zatrzasnął bramę zakładu przed kryzysem (śmiech).

Kilku przedsiębiorców na Sądecczyźnie myśli podobnie jak Pan. Umówiliście się? Mówi się też o tym regionie, że to zagłębie milionerów.

Chyba bym się nie odważył powiedzieć, że we wszystkich sprawach mówimy jednym głosem, ale w ostatnim czasie w najistotniejszych sprawach jesteśmy jednomyślni. Z wieloma przeszliśmy podobną drogę i mamy podobne doświadczenia. A co do milionerów. Statystyki faktycznie mówią, że ludzie tutaj mają ponadprzeciętne zdolności biznesowe. Od dawna miałem własną teorię na ten temat. Tu po prostu poprzedniemu systemowi nie udało się narzucić wszystkich wynalazków gospodarczych realnego socjalizmu. Państwowe gospodarstwa rolne dotarły na Sądecczyznę w minimalnej skali, udało się tu zachować tradycyjny model własności, ludzie pracowali we własnych małych – dzisiaj powiedzielibyśmy – przedsiębiorstwach. Tak się kształtowały charaktery, tak się ludzie uczyli odpowiedzialności i podstaw biznesu, a nie pracy w PGR, gdzie wszystko było wspólne, czyli niczyje. Wspomniany już tutaj mój dziadek w swoich szklarniach zatrudniał kilkanaście osób, co było nie do wyobrażenia w innych regionach kraju. Dzięki temu w czasach wolnego rynku wszyscy oni łatwiej sobie radzili i szybciej dochodzili do biznesowego sukcesu.

Dlaczego w Pańskim regionie tak mocno podkreśla się wyjątkowość tego miejsca, wyjątkowość żyjących tam ludzi, przywiązanie do tradycji, zaradności?

Nie widzę nic złego w podkreślaniu takich cech i wartości. Dla mnie to ważne, że stworzyłem moją firmę właśnie tutaj, że wytwarzamy w Polsce produkty światowej jakości, że tutaj płacimy podatki, że zatrudniamy ponad 1300 osób. Dobrze pamiętam czasy, kiedy zachwycaliśmy się wszystkim, co zagraniczne, bo było lepsze, ładniejsze, bardziej niezawodne i trwałe. Czy to jednak znaczy, że przez kolejne pokolenia mamy pielęgnować nasze wieloletnie kompleksy? Nie zgadzam się na to i jak trzeba, to mogę głośno powtórzyć: nazywam się Andrzej Wiśniowski, moja firma produkuje najbardziej zaawansowane technologicznie i wzorniczo produkty w swojej branży, które cieszą się uznaniem w całej Europie.

Dlaczego Pan to powiedział? Przecież i tak wszyscy o tym wiedzą.

Powiedziałem to, bo złości mnie, że w mediach przebijają się wyłącznie złe wiadomości, że interesujemy się jakimś przedsiębiorstwem, kiedy coś się nie uda, albo dopiero, kiedy masowo zwalnia pracowników. Jak firmy przyjmują do pracy, to temat słabo się sprzedaje.

Dlaczego to budzi w Panu takie emocje?

Bo na co dzień słychać głównie o tym, że młodzi ludzie nie widzą perspektyw w naszym regionie i wyjeżdżają szukać swojej szansy przy prostych zajęciach u obcych. Dużo się o tym mówi, a dlaczego tak słabo przebijają się informacje, że nasi inżynierowie nie ustępują w niczym zachodnim? Dlaczego tak słabo przebijają się pozytywne informacje, choćby to, że wszyscy pracownicy w naszej firmie mają umowy o pracę i rozbudowaną opiekę socjalną? Politycy powtarzają, że trzeba coś zrobić, żeby zatrzymać młodych ludzi w kraju. My o tym nie mówimy, tylko staramy się ich zatrzymać i związać z firmą w bardzo konkretny sposób. Przy naszym zakładzie działa szkoła zawodowa, dzięki czemu nie tylko mamy własną kuźnię fachowców, ale młodzi ludzie mogą mieć poczucie, że będą komuś potrzebni. To buduje w nich poczucie stabilności i przewidywalności, co nie jest dzisiaj ani powszechne, ani oczywiste. Przede wszystkim ci młodzi ludzie mają możliwość odbycia rozbudowanych praktyk na takich stanowiskach, jak: ślusarz, spawacz, elektryk, elektromechanik. Mamy własną flotę samochodową, więc szkolimy też mechaników samochodowych. Taka polityka kadrowa jest częścią strategii firmy, która – mimo sezonowości branży budowlanej – poza sezonem nie zwalnia pracowników, jak się to często dzieje w innych przedsiębiorstwach. Zimę przeznaczamy na szkolenia, renowację maszyn i produkcję wyrobów typowych. W zamian za te wszystkie działania spotykamy się z lojalnością pracowników, którzy identyfikują się z firmą. A wie pan, że u nas wszyscy pracownicy spotykają się codziennie na wspólnym posiłku? Prowadzimy największą w regionie, a może i w całej Polsce stołówkę pracowniczą, która codziennie wydaje ponad 800 posiłków.

Zrobiło się rodzinnie…

Nigdy bym się nie odważył powiedzieć, że cała firma to jedna wielka rodzina, ale na pewno tworzymy zgraną drużynę. Bardzo liczną zresztą, bo oprócz ludzi pracujących w zakładzie tworzy ją również sieć naszych dystrybutorów i partnerów handlowych. Stanowią oni bardzo ważny element całego przedsięwzięcia, a dla wielu z nich współpraca z nami to sposób na własny biznes. To sprawdzony partnerski system, w którym obydwie strony widzą wymierne korzyści. To ważne, bo dzięki naszej ofercie handlowej, którą mogą zaproponować swoim klientom, nie tylko budujemy mocną więź, ale również ich poczucie stabilności i ekonomicznego bezpieczeństwa.

Lubi Pan sportowe porównania w biznesie?

Takie porównania często bardzo pasują do charakteru naszej działalności. Rywalizacja w sporcie i biznesie ma wiele cech wspólnych. W obydwu dziedzinach trzeba posiadać pewien zespół cech, takich jak: konsekwencja, upór, ambicja, wola walki, a wszystko po to, by w efekcie myśleć o zwycięstwie.

Dlatego firma WIŚNIOWSKI została partnerem piłkarskiej reprezentacji Polski?

Powiem tak: tam, gdzie jest piłka nożna i towarzyszące jej emocje, tam jest grupa docelowa naszych odbiorców, więc marketingowo to była dla nas decyzja naturalna. Związaliśmy się z reprezentacją piłkarską w trudnym dla niej okresie, kiedy brakowało sukcesów, a kibice byli skupieni na krytykowaniu zespołu i frustrowaniu się brakiem zadowalających wyników. Nie ma co ukrywać, iż wiele osób było mocno zdziwionych, że decydujemy się na taki – powiedzmy – ryzykowny ruch. No, ale już przecież sobie wyjaśnialiśmy, że czasami trzeba podjąć ryzyko, bo ono się często w dłuższej perspektywie opłaca. Trzeba było widzieć miny tamtych sceptyków, kiedy wygraliśmy mecz z Niemcami i inne spotkania eliminacyjne. Wielu pytało, skąd wiedziałem, że właśnie teraz trzeba postawić na piłkarską reprezentację.

I co im Pan odpowiedział? 

A jakiej oczekuje pan odpowiedzi?

Wyłącznie szczerej.

No więc mógłbym odpowiedzieć zgodnie z tym, do czego się już dzisiaj przyznałem, że był to efekt chłodnej kalkulacji biznesowej: inwestuj w czasie kryzysu, żeby zebrać plon w okresie koniunktury. To jednak nie byłaby prawda, bo Polacy kibicują swojej drużynie zawsze, bez względu na wyniki i ilość rozczarowań, jakich im dostarcza. I prawdziwy kibic nigdy kibicem być nie przestaje, choćby po przegranym meczu na piśmie składał deklarację, że już nigdy nie będzie się interesować swoją drużyną. Ryzyko porażki, ale też szybkie podniesienie się z niej, jest wpisane zarówno w rywalizację sportową, jak i biznesową. Dlatego takie porównania są mi bliskie. Czuję to, bo moja firma też reprezentuje Polskę w Europie i na świecie.

A po co Panu HERON Hotel nad Jeziorem Rożnowskim?

Odpowiedź jest bardzo prosta: bo Jezioro Rożnowskie, jako istotny element naszego regionu, jest dla mnie ważne! Ja rozumiem, że coraz zamożniejsi Polacy śmiało wypuszczają się w świat w celach turystycznych. To świetnie, sam tak robię, doceniam wartość podróży, uważam, że wzbogacają człowieka i otwierają go na innych. Nie rozumiem jednak, dlaczego przy okazji odwracamy się od naszych lokalnych perełek, a do takich zaliczam Jezioro Rożnowskie. W ostatnich latach przyznanie się do spędzania wolnego czasu nad Jeziorem Rożnowskim nie jest ponoć dobrze widziane. Ludzie się wstydzą powiedzieć, że spędzili niedzielę na kajaku. Pod koniec lata Sądeczanie opowiadają sobie, jak spędzili urlop, licytują się na zaliczenie kolejnych atrakcji, ale nikt się nie przyzna, że odpoczywał nad naszym jeziorem. No bo jak można postawić smutną plażę w Gródku wyżej niż choćby Chorwację, o plażach Morza Śródziemnego nie wspominając?

Pana dziwią takie wybory?

Oczywiście, że mnie nie dziwią, bo Jezioro Rożnowskie w ostatnich latach zapracowało na złą opinię, ale irytuje mnie lekceważący ton, w jakim my, Sądeczanie, wypowiadamy się o tym miejscu. To ja zadam teraz publicznie pytania: A co zrobiłeś, żeby Jezioro Rożnowskie nie kojarzyło się źle i, jak przed laty, znowu przyciągało turystów lubiących obcowanie z naturą oraz atrakcje, jakie oferuje ten piękny zakątek?

I postanowił Pan, jako jeden z pierwszych, sam odpowiedzieć na tak postawione pytanie, budując hotel nad jeziorem.

Dodam w tym miejscu: i widziałem, trochę jak wówczas, gdy związaliśmy się z reprezentacją piłkarską, te złośliwe uśmiechy na wielu twarzach. Wiśniowski zwariował! Kto przyjedzie do hotelu nad umierającym jeziorem? Nie zgadzam się na takie stawianie sprawy. Owszem, przestaliśmy dawno temu dbać nie tylko o wodę i brzegi, ale i o cały rejon jeziora. Ale czy to znaczy, że mamy pozwolić, by całkowicie zostało spisane na straty?

Jezioro Rożnowskie jako atrakcja turystyczna jest w kryzysie. Chciał Pan zatem powiedzieć, że inwestować trzeba w czasach kryzysu, żeby w okresie koniunktury zbierać owoce?

To pan powiedział. I faktycznie, byłbym szalony, gdybym moje zaangażowanie w sprawy jeziora traktował na zasadach projektu czysto komercyjnego, licząc na szybki zwrot. Zostawmy ten wątek w spokoju, przynajmniej w tym momencie. Jest jeszcze coś takiego, proszę wybaczyć, jeśli to górnolotnie zabrzmi, jak społeczna odpowiedzialność biznesu. I ja czuję się odpowiedzialny za to miejsce, bo poczuwam się do odpowiedzialności za rozwój całego regionu. Jeśli mogę mieć wpływ na przywrócenie świetności tym terenom, na przyciągnięcie tutaj turystów, to próbuję to robić. Nie zdradzam wielkiej tajemnicy, dodając, że to nie wszystkie moje plany, związane z rewitalizacją terenów nad jeziorem. Sam hotel to około 70 nowych miejsc pracy. Od czasów PRL-u, kiedy działało tu czterdzieści ośrodków, nie przybyło ani jedno nowe miejsce. Zrobiliśmy pierwszy krok, żeby to zmienić, i cieszę się, że są również inni, którzy, widząc potencjał tego miejsca, postanowili w nie zainwestować.

Rozmawiał: Wojciech Molendowicz