Rozmowa z Łukaszem Wiśniowskim, dziennikarzem sportowym portalu „Łączy nas piłka”.

Łukasz Wiśniowski – jedyny reprezentant Nowego Sącza na Euro 2016. Mogę Cię tak przedstawić?

Konkretnie z Ubiadu. Kiedy ludzie pytają, skąd się jest, to moi znajomi, też z Ubiadu i Wielogłów, mówią, że z Nowego Sącza. Ja mówię: z Ubiadu, i czekam na reakcję. W Nowym Sączu spędziłem dużo czasu, chodziłem tutaj do liceum, stawiałem pierwsze kroki w dziennikarstwie. Bardzo miło to miasto wspominam.

Filmy Twojego autorstwa można znaleźć na portalu „Łączy nas piłka”. Podbiły Polskę w ostatnich tygodniach.

Będąc we Francji, nie zdawałem sobie sprawy, jak szybko te materiały się rozeszły. Kiedy przylecieliśmy do Polski, były one na każdym kanale. Mogłem zweryfikować, ile osób je zobaczyło. Przez czerwiec na YouTubie mieliśmy 27 milionów wyświetleń. Nasz partner, portal Onet.pl, wrzucał to na swój player na głównej stronie, gdzie ruch jest liczony w kilku milionach odsłon dziennie. Jak dorzucimy do tego wszystkie największe polskie telewizje, to sądzę, że mogło to obejrzeć ponad pół Polski.
Byłeś w zasadzie jedynym dziennikarzem, który miał nieograniczony dostęp do reprezentacji Polski.

Być może dzięki Euro 2016 dużo ludzi zaobserwowało tę pracę. To była praca w reprezentacji Adama Nawałki, która trwała od pierwszego towarzyskiego meczu ze Słowacją, od zgrupowań w Abu Dabi aż po zwycięstwo z Niemcami w październiku na Stadionie Narodowym. Kręciłem filmy sportową kamerą GoPro, a mój operator robił wiele zdjęć, które, mam nadzieję, trafią do albumu podsumowującego Euro 2016. Wciąż są jednak pewne sfery, w które nie wchodzimy, np. z pewnych względów nie uczestniczymy w odprawach taktycznych.

Czyli w tym, co jest objęte tajemnicą?

Pokazywanie odpraw byłoby strzelaniem sobie w stopę, bo rywale nie śpią i obserwują to, co się dzieje. Jednak w kontakcie z zawodnikami i w ich codziennym życiu w kadrze zaszliśmy dość daleko.

Użyłeś kilkakrotnie słowa „praca”. To była praca czy przygoda?

Praca w tym znaczeniu, iż kojarzy się z profesjonalizmem. Mamy nadzieję, że robimy to profesjonalnie. Często słyszę, że mam najlepszą pracę na świecie, i zawsze wtedy odpowiadam: to prawda! Bo po pierwsze: jestem najbliżej najlepszej drużyny piłkarskiej w tym kraju. Mam styczność z dyscypliną sportu, która zawsze była moją pasją, i dodatkowo brak odpowiedzialności za wynik, jak w przypadku piłkarzy i trenera. To połączenie idealne.

A ciśnienie, które ciążyło na trenerze i reprezentacji, udzielało ci się?

To jest pewien paradoks. Gdy przyszedłem do pracy w PZPN i zacząłem pracować z reprezentacją, na kilka dni, a nawet tygodni przed meczami byłem strasznie zdenerwowany. Co się okazało? Tego stresu w ogóle nie podzielają piłkarze, oni są wyluzowani do samego końca. Zaraziłem się od nich tym luzem. Dzisiaj praktycznie do pierwszego gwizdka w meczu nie stresuję się.

Ten luz może być tak odebrany, że piłkarze lekko podchodzą do swoich obowiązków.

Rozmawiałem o tym z Robertem Lewandowskim. Powiedział, że skończyły się czasy sztucznej „napinki”, motywowania się kilka dni przed meczem. On widzi to po piłkarzach na najwyższym światowym poziomie. Jeśli jesteś piłkarzem, który ma coś wykreować, stworzyć coś niekonwencjonalnego, to musisz mieć luz. Spięte mięśnie nie pozwolą ci tego zrobić. Jak wychodzisz na rozgrzewkę przed meczem, zaczyna się koncentracja. Wcześniej możesz żartować.

Łatwo było zdobyć zaufanie piłkarzy? Każdy jest inny, trzeba jakoś do nich dotrzeć z kamerą i ich nie spłoszyć.

Trafiłeś w sedno. Do każdego trzeba mieć indywidualne podejście. To pewna trudność, ale i wyzwanie. Żyjemy w czasach, w których piłkarze coraz częściej się otwierają, prowadzą swoje strony na Facebooku. Wiem, że piłkarze w poprzednich latach mieli za złe dziennikarzom prasowym czy telewizyjnym, że nie do końca pokazują całościowo ich oblicze, że traktują pewne rzeczy wyrywkowo. Dziś sami piłkarze decydują o tym, co chcą pokazać. Niektórym klasyczne dziennikarstwo nie jest potrzebne. Piłkarze są bardziej otwarci przed kamerą.

lukasz-Wisniowski-3

Na pewno są tacy, którzy chętniej współpracują, i tacy, którzy mniej. Ci bardziej otwarci to np. Grzegorz Krychowiak i Wojciech Szczęsny?

Wojtek Szczęsny od 16. roku życia mieszkał w Londynie, a przez ostatni rok w Rzymie. W Arsenalu przeszedł bardzo profesjonalne szkolenie medialne. To jest klub, który ma swoją telewizję.

Jest wygadany z domu?

Właśnie tak, ma naturalną ripostę i to jest momentami imponujące. Grzesiek Krychowiak to z kolei gość, który od 16. roku życia mieszkał we Francji, gdzie francuska telewizja już dawno robi takie zakulisowe materiały. On w tej konwencji wyrósł. Gdybyśmy spojrzeli na Euro 2016, to uważam, że absolutnym numerem 1 jeśli chodzi o interakcję z kamerą był Artur Jędrzejczyk. Wyrósł na swoistą gwiazdę tego kanału. Jest dokładnie taki sam, gdy kamera jest włączona, jak wówczas, gdy jest wyłączona. To absolutny fenomen.

Kuba Błaszczykowski z kolei nie chce rozmawiać.

Utrwaliły się pewne stereotypy. Kuba Błaszczykowski w trakcie eliminacji był bardzo mało obecny w tej reprezentacji w ogóle. Potem wracał do niej po kontuzji. Gdzieś musiał znaleźć w niej swoje miejsce. Kuba będzie jednym z bohaterów opowieści, którą montujemy. Mam nadzieję, że będzie ją można oglądać pod koniec roku. Znalazłbym też kilka materiałów, w których ludzie byli zaskoczeni, że Kuba był tak wyluzowany. Staraliśmy się docierać do każdego. Jedni są jednak pokazywani z większą intensywnością, drudzy z mniejszą. Jedni to lubią, drudzy mniej.

Robert Lewandowski to „zimna” gwiazda?

On jest najczęściej eksploatowany. Mówiąc kolokwialnie, ma przechlapane. Od niego na każdym kroku ktoś czegoś chce. Wiem, kiedy mogę z nim wejść w interakcję, i on też wchodzi w interakcję. Gdybyśmy popatrzyli na tę kwestię przez pryzmat eliminacji, tam też było dużo materiałów, gdzie Robert wpuszczał nas do swojego pokoju. Kanał miał dużą promocję po meczu ze Szkocją, kiedy Robert Lewandowski wszedł razem z kamerą do lekarza, gdzie pokazywał swoją obolałą nogę po jednym z brutalnych wejść. On nie boi się otwierać. Byliśmy u niego w pokoju, gdy prezentowaliśmy materiał nagrany w Stanach Zjednoczonych, gdzie ludzie mówili, co wiedzą na jego temat. Robert nie jest zimny, on jest spokojny. Stwierdziliśmy kiedyś w rozmowie z Wojtkiem Szczęsnym, że mamy do czynienia z jakimś geniuszem. Próbowaliśmy zdiagnozować ten geniusz Roberta. Stwierdziliśmy, że jego wrodzony spokój jest jedną z tych cech, które czynią go wyjątkowym.

Jak się udaje takie gwiazdy, jak Lewandowski, Szczęsny, na tydzień przed wyjazdem na Mistrzostwa Europy, zaprosić do Gródka nad Dunajcem na obiad?

Oni są otwarci na ludzi. To było po meczu w Gdańsku, a przed meczem w Krakowie i w związku z tym były dwa dni wolnego. Zawodnicy lubią odwiedzać nowe miejsca i są absolutnymi fanami dobrej kuchni, tak jak w przypadku Roberta.

Były takie materiały, których cenzura nie puściła?

Nie ma cenzury. To jest paradoks i ludzie się dziwią, ale nas nikt nie kontroluje.

lukasz-Wisniowski-2

Nawet prezes Boniek, trener Nawałka?

Absolutnie. Zaczynamy montować, kiedy już wszyscy śpią. Do tego momentu żyjemy rytmem drużyny i nagrywamy. Nasza praca produkcyjna trwa między godzinami 23:00 a 2:00 w nocy. Trudno by było wtedy kogoś budzić. Mamy chyba jednak dużo zaufania. Sami wiemy, że pewnych rzeczy nie można puszczać. Wynika to z faktu, że zdajemy sobie sprawę, że mamy szerokie grono odbiorców i przesłuchujemy nasze materiały dość uważnie. Jeśli pojawiają się wulgaryzmy, to staramy się je usuwać. To nie cenzura, to dbanie o najmłodszych odbiorców, którzy dzięki „Łączy nas piłka” zaczynają uprawiać tę dyscyplinę.

A Ty nie chciałeś grać w piłkę, zawsze chciałeś być dziennikarzem?

Bardzo szybko diagnozuję u siebie słabe strony. Od razu wiedziałem, że nie będę piłkarzem. Grałem w piłkę i uwielbiam grać do dzisiaj. Wiedziałem jednak, że moje zdolności koordynacyjne są bardzo ograniczone. W piątej klasie podstawówki wiedziałem, że chcę być dziennikarzem sportowym.

Podobno, gdy byłeś chłopcem, siedziałeś przed telewizorem i komentowałeś mecze na głos.

Było też tak, że jak grałem w FIFĘ, to wyłączałem dźwięk i sam komentowałem. Mój tata, który ze mną oglądał mecze, mówił mi: kupujesz te gazety sportowe, oglądasz te mecze, to może będziesz komentatorem sportowym? Odpowiedziałem mu, że mam niedobry głos i się nie nadaję, ale chciałbym pracować w gazecie.

Ale do gazety ostatecznie nie trafiłeś.

W gazecie, właśnie, nigdy nie pracowałem. Pisałem jednak do różnych pism i stron internetowych. Kiedyś w sądeckim Radiu Galicja, które już nie istnieje, ktoś mi powiedział, że moje warunki głosowe nie są aż takie złe.

Dlaczego w ogóle piłka nożna?

Piłka to sport, przez który można poznać wszystkie dziedziny życia: psychologię, języki, relacje międzyludzkie, socjologię. Uwielbiam też tę dyscyplinę jako grę. W tygodniu, gdy tylko mogę, oglądam po dwanaście, a nawet czternaście meczów i sprawia mi to ogromną przyjemność.
Oglądasz dla samego faktu oglądania czy patrzysz na to jak analityk?

Dużo rozmawiam z ludźmi, którzy się na tym znają, i nie chcę sobie uzurpować prawa do tego, że umiem analizować. Dzięki temu, że pracuję w reprezentacji, mam na co dzień do czynienia z profesjonalistami; rozwinąłem się. Po przyjściu do PZPN zmieniłem o 180 stopni swoje poglądy na pewne tematy. Gdy pracowałem w Orange Sport, wydawało mi się to wszystko takie proste. Teraz im więcej wiem, tym lepiej wiem, że nic nie wiem.

Dlatego dziennikarze tak bardzo denerwują trenerów piłkarskich?

Czasami denerwują. Ja mam ten komfort, że rozumiem zarówno jeden, jak i drugi świat. Staram się być spoiwem między tymi światami. Wiem, że pewnych rzeczy piłkarzom nie wypada powiedzieć, bo będą uznani za gwiazdorów. Ja te rzeczy mogę powiedzieć, bo patrzę z perspektywy kibica czy dziennikarza. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak trudne jest utrzymanie dużej grupy facetów ze sobą przez 45 dni, 24 godziny na dobę.

Nikt się nie pobił, nie pokłócił?

Były momenty, że ludzie się sobą irytowali, bo to jest normalne, ale to jest wyzwanie. Uważam, że z tego wyzwania trener Adam Nawałka wyszedł zwycięsko.

To jego zasługa, że i boisko, i kuluary wyglądały tak dobrze?

Absolutnie tak. Selekcjoner wie, że piłkarze nie lubią znużenia. Dbał o to, żeby piłkarze mogli zagrać w golfa, w paintballa, pójść na spacer, spotkać się z żonami, z rodziną. Zmienialiśmy miejsca. Byliśmy w Juracie, w Arłamowie, potem nad oceanem. On zebrał wszystkie doświadczenia poprzednich lat – zarówno swoje, jak i piłkarzy. To, jakie mieliśmy warunki, i to, jak to wszystko funkcjonowało poza boiskiem, przełożyło się na to, co działo się na murawie. W ostatniej fazie zabrakło nam trochę szczęścia.

Rozmawiał: Wojciech Molendowicz
Fot.: Archiwum Łukasza Wiśniowskiego